Spojrzenie na kino bułgarskie 31 stycznia 2008 w gorzowskim Kinie 60 Krzeseł zakończył się tygodniowy przegląd filmów bułgarskich. Gorzowianie mogli zapoznać się z dziesięcioma obrazami, które ostatnimi laty w najlepszy sposób reprezentowały tamtejszą kinematografię na różnorodnych światowych festiwalach.
W programie przeglądu znalazły się filmy: "Mila z Marsa", "Było, minęło", "Małpy zimą", "List do Ameryki". "Panna Zee", "Śledztwo", "Emigranci", "Bunt L.", "Skradzione oczy" oraz "Rodzinne Boże Narodzenie".
Z filmów, które widziałem, tj.: "Emigrantów", "Listu do Ameryki" i "Śledztwa", najlepiej wypadł ten ostatni. Jest to opowieść o śledztwie prowadzonym przez Alexandrę - kobietę niezbyt w fachu doświadczoną, rozerwaną pomiędzy pracą a domem. "Śledztwo" Triffanovy nie jest jednak typowym filmidłem, które mogło powstać mając za podstawę taką tematykę. Autorka wgłębia się w umysł głównej bohaterki, widzimy jej przeżycia, rozterki, niepewność i w życiu codziennym i w zawodowym. Jest to zarazem dramatyczny obraz ludzi żyjących w dzisiejszym świecie, ich dążenia do bliskości, do zaufania i wzajemnego oddania. Przerażające, bo przekonujące i dodatkowo - autentyczne. Zatarta zostaje tutaj granica pomiędzy możliwym, a niemożliwym - jak widać, ludzie są zdolni do wszystkiego.
Film dobry warsztatowo, aktorsko i zaskakująco inny od poprzedniego dzieła Triffonowy - - 'Listu do Ameryki', którego fabuła opiera się na bułgarskiej legendzie mówiącej, że istnieją pieśni, które uzdrawiają. Całość - oryginalna, jednak mimo tego, nie do końca przekonująca. Wrażenie robi przede wszystkim sama Bułgaria i ludzie ją zamieszkujący, których oglądamy z punktu widzenia głównego bohatera. Ivan postanowił nakręcić film dla swojego najlepszego przyjaciela, będącego w stanie ciężkim po wypadku. Wraz z naszym bohaterem, na odległej, bułgarskiej prowincji napotykamy na wręcz tragiczny obraz ludzi, którzy nie dość, że żyją w kompletnej biedzie, zacofaniu i odcięciu od świata, to zdają się jedynie wyczekiwać na nieuniknioną śmierć. Widzimy pomarszczone twarze kobiet, pełne łez wypowiedzi skierowane do kamery czy w końcu chłopca, niemowę, który zmuszony jest w tej osadzie żyć, zapewne do końca i swoich dni. To wszystko robi wrażenie, udane są również nawiązania fabularne do ludzkich wierzeń i przesądów, jednak już całość fabuły - dotycząca poszukiwania uzdrawiającej pieśni, oraz przede wszystkim rozwiązanie finału, w ogóle nie przekonuje. Dużo tu ciekawych miejsc, oryginalnych postaci, ludzkiego poświęcenia, jednak wszystko to zbyt naciągane.
"Emigranci" to opowieść o trzech przyjaciołach mieszkających gdzieś w przeciętnym bułgarskim miasteczku. Ich codzienność to problemy z kobietami, wspólne picie piwa w ulubionym barze, brak pracy czy ciągłe pakowanie się w kłopoty. Gdy przez przypadek okazuje się, że ich los może ulec zmianie - próbują z nadążającej się okazji skorzystać. Zaletą tego obrazu jest na pewno humor oraz sami bohaterowie, urokliwi, poniekąd i stereotypowi, ale na tej właśnie stereotypowości świetnie zbudowani. "Emigranci" są filmem świetnie napisanym; przyjemność z seansu, z dialogów miedzy bohaterami - wielka. Szkoda tylko, że zbyt często nasuwały się wnioski, że wszystko to gdzieś już było... Zwłaszcza w kinie czeskim. A na dodatek, niestety, albo nie zrozumiałem naumyślnego zabiegu, albo jest to po prostu niewytłumaczalne przeoczenie faktu wręcz karygodnej, częstej obecności mikrofonu nad głowami aktorów. A to nie był moment, to były całe sceny.
Kino bułgarskie okazało się bardzo ciekawym etapem w poznawaniu kinematografii różniących się od tych powszechnie u nas dostępnych. Nie spotkałem się tutaj co prawda z żadnym filmem co najmniej znakomitym, jednak sam fakt możliwości zapoznania się z tak trudno dostępnym kinem jest wart godzin poświęconych na seanse. Mam nadzieję na częstsze przeglądy tego typu filmów w Kinie 60 Krzeseł, a także na lepszą synchronizację napisów z kwestiami wypowiadanymi w prezentowanych obrazach.
(tekst: Marcin Kluczykowski)
6-02-2008
/ sprawozdania z tego miesiąca
|