Z cyklu "Moim zdaniem", cz. XXIII/a Tym razem o spektaklu "Po nitce do pępka" w wykonaniu "Białego Teatru" z Olsztyna...
 "Już to "moim zdaniem" meldowało kiedyś, że wieczór w Grodzkim Domu Kultury z Teatrem Kreatury czy też innym, przez tenże zapraszanym, to "wieczór niestracony". Także ten ostatni, piątkowy /12 X 2007/ takim był. I niech żałują ci, którzy wybrali w TV "teatr" komediantów, co się nazywał debata… Nas około trzydziestu zebranych w sali GDK mogło uczestniczyć w misteriach aktorskich Białego Teatru z Olsztyna. A to w dwóch odsłonach: najpierw do tekstów Anny Świrszczyńskiej "Po nitce do pępka", po przerwie zaś Thomasa Stearns'a Eliota "Ziemi jałowej" spore fragmenty przedstawione zostały. Jak? O tym za moment. Najpierw - przyznam się - na przedstawienia poszedłem nieprzygotowany: nie poczytałem nic o Annie Świrszczyńskiej, ani też "Ziemi Jałowej" nie przypomniałem - a przecież leży sobie na półce nad biurkiem… Bo przecież wiedzieć, że Anna S. poetką była znakomitą i jakiś wiersz jej w notatkach mieć - to nie wszystko, że Eliot "Ziemię" pisał i pisał, że pięć jej części jest, że wydana w 1922 roku… to nieco za mało, by dobrze odczytywać, pojmować… Nooo ale… - na usprawiedliwienie może jedynie, że właśnie dla tych przedstawień peregrynacje poznańsko-muzyczne przerwałem /o nich za dwa-trzy dni/. Anna Świrszczyńska /1909 - 1984/ debiutowała już przed II wojną, jednak dopiero w roku 1972 wydanym przez siebie tomem poezji pt. "Jestem babą" i 1974 "Budowałam barykadę" - z "rewolucyjnymi" jak na tamte czasy tekstami - pozbawionymi metaforyki, prostymi w odbiorze… Zwłaszcza tom "Jestem babą" był wstrząsem dla publiczności polskiej. Czesław Miłosz w tekście pt. "Jakiego gościa mieliśmy" pisał, że musiał pokonać swoje męskie uprzedzenia, zweryfikować je, by dobrze zrozumieć feminizm poetki. Feminizm. To właśnie on i kobiece spojrzenie na świat, właściwe tej płci przeżywanie "życiowych" spraw zostało tekstami Ąnny Świrszczyńskiej przedstawione przez cztery aktorki i jednego aktora Białego Teatru w strojach dosyć skromnych występujących. W każdym bądź razie - taki był mój pierwszy odbiór. Jednak nie miałem racji - kostiumy "grały" - znakomicie pomyślane - oddawały /tak sądzę/ tę część kobiecości, która nie zawsze pokazywana być winna - często jednak jest - i te "często" - nie zawsze dobrowolnie. I drugie wrażenie "pierwsze" - kiedy słuchałem początkowych tekstów - to przypomnienie monodramu i krzyku Katarzyny Pielużek - "A dzieci nie chcę mieć!". Nie potrafię się z tego wytłumaczyć. Ale może to tak było - wszystkie "biedy" kobiet wypowiedziane, wykrzyczane, pokazane ze sceny /także ich kostiumy/ sprowadzały się do tego protestu - - bo przecież - to też zobaczyłem zagrane - kobieta nie tylko dzieci rodzi, rodzi również ten nasz świat. Jest jednocześnie matką, córką, mężczyzną idącym na wojnę. Kocha, nienawidzi, pożąda, jest czuła i… albo opłakuje albo przeklina… I można by wyliczać, wyliczać. Są Matkami! - to na pewno! Trudno byłoby mi tutaj "pokazywać" sceny, teksty, które najbardziej utkwiły mi w pamięci. Jednak chyba najbardziej zachwyciła mnie scena rodzenia. I to nie dla szczególnej pozycji rodzącej! Zagrana wyśmienicie /Marta Andrzejczyk/ - bez krzyku położnicy - ale ten śpiew! Jakże oddający. To lament nad "nowym" czy rozkosz "bólu rodzenia" - czy sam - przecież - - jakże potworny ból fizyczny… nie wiem! Ale pamiętam z czasów, kiedy jeździłem karetką, krzyk rodzącej podczas przewozu i jej niecenzuralne bardzo "kurwaaaa, już nigdy w życiu nie dam dupy" - za chwilę szczęśliwa przytulała maleństwo… - nowe życie z niej samej! I jeszcze jedno "zdarzenie" - to - prawie z autopsji, tak dobrze powiedziane językiem teatru - i jakże prawdziwe /czytaj - znakomicie/ wyartykułowane: ten horror sali porodowej - że moja córka jeszcze jako nie mężatka rodziła swojego syna - więc rzeczywiście lepiej, by dokonało się to na trawie w przyszpitalnym parku niż w "obecności" PAŃ położnych - "…jak dawałaś to też się tak darłaś?"… Ależ pomysłowo w spektaklu wykorzystano kłębki włóczki rozrzucone na podłodze. Ktoś wchodząc na salę powiedział - "ale myszki fajne …" - włóczka - pępowina, jej kłębki - my - - urodzeni… cóż można z nami zrobić? Też zwinąć, rozwinąć? Stroje, rekwizyty, gra aktorów - a więc ruch sceniczny, głos, krzyk, mimika, recytacje były tak przekonujące, sugestywne, wciągające, że jakby chwilę to trwało .. ale pewnie nie! I może na zakończenie - bo jednak wymowa spektaklu nieco feministyczno-tragizująca to taki wiersz Anny Świrszczyńskiej - o nas mężczyznach przytoczę /może? on jest o nas?/ - - ale proszę Panie - lepiej żyjcie - dla nas!
TANIM KOSZTEM
Chcę się zakochać nieszczęśliwie w pięknym i okrutnym mężczyźnie, w dziesięciu pięknych i okrutnych mężczyznach
Szlochając nakręcać co dzień dziesięć numerów telefonów pisać dziesięć listów patrzeć na dziesięć fotografii
I w końcu z dziesięciu powodów popełnić tylko jedno samobójstwo
Postscriptum Byłbym zapomniał. O ważnym rekwizycie. Garnku, a właściwie garnkach - bo kilka ich brało udział w spektaklu - to takie atrybuty "kobiecości"/??/ - tutaj jakże właściwie wykorzystane. W przeróżnych sytuacjach… sceniczno-życiowych.
Trochę może za bardzo się rozpisałem. Wieczorem, w sobotę, 13 października 2007."
tekst: Z. Marek Piechocki fot.Przemek Wiśniewski
15-10-2007
/ sprawozdania z tego miesiąca
|