Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Zrozumiałem.
Gorzów Przystań

Lubuskie warte zachodu
 
 
 
 
Logowanie
 
 
 

nie jesteś zarejestrowany?
wpisz proponowany login i hasło, a przejdziesz do dalszej części formularza..
Relacje

"Moim zdaniem", cz. XIII

23 marca 2007 r. w gorzowskim Jazz Clubie "Pod Filarami" wystąpił zespół Max Klezmer Band. O wrażeniach z koncertu napisał Marek Piechocki. 

"Anetka Boruch dobrze zatytułowała swój felieton o podfilarowym koncercie krakowskiego zespołu MAX KLEZMER BAND – „Zamieszanie w Clubie”. Bo chyba wielu z nas, którzyśmy ten wieczór na muzykę klezmerską przeznaczyli, nieco się zawiodło – oczywiście nie do końca i zupełnie. Co najmniej ja oczekiwałem muzyki bardziej tradycyjnej, z tradycyjnym instrumentarium – skrzypce, bandeon, kontrabas, jakiś niewielki zestaw perkusyjny... A tu już zaskoczenie, kiedy to swoim zwyczajem przed występem podszedłem do estrady 
i zobaczyłem ogromny zestaw „narzędzi” perkusyjnych, mikrofony, kable, wszystko podłączone do prądu, przedziwny kontrabas bez pudła rezonasowego… No, ale… może gdyby dawni klezmerzy mieli dostęp do tego wszystkiego, też by korzystali?
Czekam na muzykę. I oto z zaplecza dociera już do nas: panowie muzycy grając na instrumentach /skrzypce, klarnet, akordeon guzikowy, dafy/ wychodzą, idą wkoło klubu, pomiędzy stolikami, docierają do estrady. I wyjaśnia się tajemnica programu muzycznego, który zrozumiałem jako bardzo poszerzony wariant nie tylko muzyki wywodzącej się 
z kręgów żydowskich, ale także indyjskich, krajów bliskiego wschodu, a także z muzyki regge.



I rzeczywiście taka ta muzyka była. Porwała nas wszystkich: klaskaliśmy, gwizdaliśmy /niektórzy/, tupaliśmy, kilka osób tańczyło w korytarzu, wrzeszczeliśmy "bis, bis". Co też panowie trzykrotnie uczynili.
Mnie uwiódł szczególnie jeden utwór. Tytuł wyleciał z pamięci – muzyka nie. Michael Jones, z pochodzenia Hindus – bardzo ładnie mówiący po polsku – zagrał na oryginalnym instrumencie pochodzącym z kraju jego dziadka – Indii. Ravanhuta – skrzypce hinduskie –
- instrument niewielki, mający ok. 70 cm, składający się z gryfu osadzonego w połówce orzecha kokosowego, na który naciągnięta jest skóra. Posiada tylko dwie struny do grania, umieszczone poza gryfem – jedną z jelita baraniego, drugą - stalową. Na gryfie jest kilka strun stalowych – stanowią one, poza pudłem rezonansowym, źródło wibracji, drgań wspomagających. Gra się smyczkiem, a wysokość dźwięku ustala się pozycją palca, palców na strunie bez dociskania do gryfu – jest przecież obok; tak więc „na wyczucie”. Piękne to było granie – słuchanie jeszcze bardziej. Owszem, dodawanie pogłosu /współczesność/ przydawało dźwiękom brzmienia, a mnie przenosiło w jakieś bliżej nie znane rejony. Czuło się przestrzeń, jakąś nieboskłonność … To takie uczucie przenoszenia się w czasie w „nie teraźniejszość”… Kto był na filmie pt. „Wiedźmin”, miał okazję posłuchać tego instrumentu w muzyce Grzegorza Ciechowskiego. Na ravanhucie grał również Michael Jones. Także na lirze korbowej. Polecam i kunszt instrumentalisty i tę muzykę."


                                                                                     (tekst: Z. Marek Piechocki)



28-03-2007
/ sprawozdania z tego miesiąca
 
Komentarze


brak komentarzy

zaloguj się aby móc komentować ten artykuł..

Kalendarz imprez
Sfinansowano w ramach Kontraktu dla województwa lubuskiego na rok 2004

Copyright © 2004-2019. Designed by studioPLANET.pl. Hosting magar.pl