Miła Pani K. W sobotni przedwieczerz 20 kwietnia 2013 roku
Miła Pani K.
Wie Pani, jakoś nie potrafię tuż po koncercie wyrazić o nim swojej opinii. Musi się słyszana muzyka jakoś we mnie ułożyć, zadomowić. Tak więc wczoraj wieczorem, kiedy rozmawialiśmy o niej, to było tylko jakieś moje wzmiankowanie o szczegółach, dostatkach czy niedostatkach. Tych ostatnich niewiele. Ale jednak.
A dzisiaj, właściwie przed chwilą, przeczytałem felieton o wczorajszym wieczorze w naszej Filharmonii, wykonaniu muzyki napisany przez koleżankę Renatę O. Więc Renata zachwycona zarówno muzyką (słusznie), jej przedstawieniem (nie zawsze słusznie), a także Panią Moniką Wolińską - dyrygentką (słusznie)!
Nigdy nie jest tak, że wszystko zagra się idealnie - owszem, jak kiedyś w prywatnej rozmowie powiedziała pani Monika Wolińska - należy dążyć do absolutu. Starać się. Zapewne nie jest i tak, że melomani znają wszystkie grane utwory na pamięć i mogą wychwycić każde niedociągnięcie. W przypadku wczorajszego wieczoru mnie denerwował skrzypiący instrument któregoś ze skrzypków. A słyszałem to nie tylko ja! Drugim mankamentem - tak sądzę - było złe ustawienie klawesynu, przez co był prawie niesłyszalny. Uważam, że jeśli kompozytor (Dmitriy Valeras) napisał utwór na gitarę, smyczki i klawesyn - to ten ostatni, jako solowy winien być wyeksponowany.
Jeśli nie uwiodło mnie Concerto Grosso Valerasa, to solowy bis Krzysztofa Meisingera na pewno! Niezwykle dramatycznie, bardzo precyzyjnie zagrany utwór Astora Piazzolli. Niestety, ani ja ani moi sąsiedzi nie dosłyszeliśmy wymienianego przez solistę tytułu. Szkoda. Odnalazłbym w you tube i posłuchał jeszcze raz! Może było to coś na kształt Tanga Anioła (program muzyczny w Krakowie z utworami Piazzolli, m. in. Kevin Kenner na fortepianie, mój ulubiony interpretator muzyki Fryderyka Chopina) - na te dzisiejsze trudne czasy, w dobę po zamachu w Bostonie?
Sądzę, Krzysztof Meisinger to taki Piotr Anderszewski gitary. Jak on - niezwykle dokładny, perfekcyjny.
Pavana op. 50 Gabriela Faure i "Popołudnie fauna" Claude'a Debussy'ego - oba utwory poprowadzone tak, jak należało się spodziewać. Jakoś tak się zasłuchałem w faunowe nuty, że te dziesięć minut ich trwania mignęło zbyt szybko, a z zasłuchania obudził mnie aplauz widowni.
Najwięcej, proszę Pani, obiecywałem sobie po drugiej części wieczoru. Po suitach Edwarda Griega. Nie zawiodła muzyka, w sumie jej wykonanie także (chociaż mój kolega R.B. kręcił głową nieukontentowany). Nieco dziwiło ułożenie programu. Dlaczego Suita druga przed pierwszą? Ja, co oczywiste, wolę normalny układ. I "Pieśń Solwejgi" na koniec koncertu. Cudną. Ale rozumiem, "W grocie Króla Gór" ze swoim temperamentem "bardziejsze" na zakończenie, nośne.
No! Proszę Pani! Program, folder na koncert - perfekcyjny. Może jeden mały dysonans stylistyczny w pierwszym zdaniu. Bez "choć" byłoby znakomicie. Ale i tak nie ma wstydu - świetnie napisany, zredagowany, wydrukowany! Brawo!
I może jeszcze zdań kilka na temat występu dyrygenckiego pani Moniki Wolińskiej w Wilnie. Renata O. też odnotowała to wydarzenie w swoim felietonie. A z desek estrady Filharmonii Gorzowskiej usłyszeliśmy gratulacje, widzieliśmy wręczanie kwiatów. Może to i dobrze, może nie! Nie wiem. Na pewno jest dobrze, że gdzieś tam nas widać. "Nas" - mam na myśli naszą Panią Dyrygent.
Utwory, którymi dyrygowała, niezwykle trudne. Między innymi dwojga przyjaciół: Litwina - kompozytora, malarza Mikalojusa Konstatinasa Čiurlionisa i Polaka Eugeniusza Morawskiego. Także uzdolnionego malarsko! Obydwu poematy symfoniczne zostały w Wilnie wykonane - "W lesie" i "Nevermore". Jaka to była przyjaźń, niech zaświadczą dwa cytaty, które od pana Marcina Gmysa wypożyczam: "Nauka u nielubianego Noskowskiego szła Eugeniuszowi raczej opornie. Szczególną odrazę, jak się zdaje, żywił on do zajęć z kontrapunktu. W tym zakresie wielką pomocą służył mu właśnie Čiurlionis, który regularnie przysyłał przyjacielowi z Lipska, gdzie podjął studia uzupełniające, swoje fugi, przedkładane następnie przez Morawskiego nauczycielowi jako własne". No, wie Pani, może i nieładnie tak oszukiwać, ale za to jakie poświęcenie, koleżeńskość. Ale nie tylko takie epizody w - można to powiedzieć - wspólnej biografii obu młodych ludzi. W czerwcu 1907 roku tak Mikołaj donosił bratu: "Zacząłem pisać nowy poemat symfoniczny "Stworzenie świata". "Morze" miało być grane w tym roku, ale (zostało) odłożone do przyszłego. Zrobimy koncert z Gieńkiem - koncert własny, kompozytorski; on napisał dwa poematy "Vae Victis" i "Flerus do Mai" i zaczął pisać trzeci - "Rinaldo Rinaldini", wszystko bardzo ładne rzeczy. Wystąpimy w Filharmonii niezależnie od nikogo”.
Cóż, plany przyjaciół się nie ziściły. Ale to może już nie na temat. W każdym razie "Newermore" piękna jest i słucham sobie wieczorami! Może kiedyś nasza orkiestra zagra poematy Eugeniusza Morawskiego i Mikołaja Čiurlionisa?
Pewnie uzna Pani, że się niepotrzebnie tak rozpisałem, więc już kończył będę, dziękując za wczorajsze miłe, a przecież zupełnie przypadkowe spotkanie w kawiarni i przyjemną pogawędkę.
Miłego czasu. I jeśli bogi pozwolą to do zobaczenia w czwartek na następnym koncercie.
Marek
Po napisaniu: Widzi Pani, jak to jest: wyczytałem w innym felietonie (w egorzowska.pl) o wczorajszym wieczorze, że to było Astora Piazzolii "Milonga del Angel". Ale cieszę się, że byłem blisko!
Fot. Arkadiusz Sikorski
20-04-2013
/ sprawozdania z tego miesiąca
|